Przebieg: 241 600
No nic, za długo był spokój ... od 3 dni mamy rano temperaturę około 0 stopni, i od trzech dni odpalanie Jeepa wygląda tak:
* przekręcam stacyjkę, silnik odpala praktycznie natychmiast i ... praktycznie natychmiast gaśnie :-(,
* no i teraz zaczyna się kręcenie, 3-5 razy i nic, rozrusznik kręci bezproblemowo po parę sekund ale silnik milczy...
* dopiero za 6, 7 razem łaskawie odpala, a dzisiaj to już w ogóle chyba dopiero za dziesiątym razem,
* na szczęście jak już odpali to pali idealnie, nawet nie kaszlnie,
* potem po całym dniu w robocie na parkingu podziemnym (około15 stopni) odpala idealnie.
Najpierw podejrzewałem, że ponieważ ostatnio tankowałem 3 tygodnie temu, jak jeszcze mieliśmy pełnię "lata", to mogłem załapać się na paliwo bez dodatków zimowych, ale wczoraj zatankowałem do pełna i to samo... Diagnozy nie ułatwia fakt, że akumulator jest praktycznie nowy, a rozrusznik świeżo regenerowany więc wszystko kręci dzielnie.
Koledzy z Forum (dzięki @emiliob, @Slawek75) obstawiają:
* uszczelki na przewodach paliwowych,
* filtr paliwa,
* świece żarowe,
* ewentualnie ciśnienie/szczelność pompy paliwowa.
Miejmy nadzieję, że będą to oringi, które ze względu na wiek sztywnieją i przepuszczają powietrze - we wtorek się okaże - serwis w ASO merca już umówiony. W sumie to i dobrze bo przynajmniej zrobię od razu przegląd przed-zimowy.
Czyli historia wszystkiego co związane z moim Grand Cherokee'm
czwartek, 30 października 2014
wtorek, 9 września 2014
Pierwszy OFF-ROAD(zik)
Przebieg: 240 500
No i fajnie: miałki piasek, po którym można trochę "popływać", lekkie górki, OK. Z czasem zaczęło się robić ciekawiej:
I jeszcze ciekawiej :-)
Problem jest taki, że zdjęcia ABSOLUTNIE nie oddają wrażenia jakie te "górki" robiły na żywo :-( Patrząc na 2 powyższe zdjęcia można sobie tylko z grubsza uświadomić jakie momentami zdarzały się nachylenia. Myślę, że spokojnie 20-25 stopni, i to nie przez 5 metrów, ale bardziej 30-40. I sypki piaseczek... Dość powiedzieć, że jeden z podjazdów Frontera musiała brać na 2 razy bo za pierwszym podejściem nie dała rady. XJ jadący przede mną podjechał pod tę górkę bez większych problemów, a mój WJ ... TEŻ DAŁ RADĘ za pierwszym razem :-) Oczywiście z zapiętym reduktorem. Wprawdzie blisko szczytu zaczęło się buksowanie i samochód prawie stanął w miejscu ale w końcu doczołgał się do wierzchołka. I tu właśnie lekko się spociłem z wrażenia, a właściwie to zacząłem się pocić już w momencie kiedy z daleka zauważyłem tę górkę :-)
Po około pół godzinie takiej trasy stanęliśmy i poszliśmy w las na grzyby, ciesząc się perspektywą powrotu tą samą trasą :-)
Jak mogę podsumować tego typu wyjazdy?
1. Przede wszystkim jestem teraz pewniejszy Jeepka - po pokonaniu tych wszystkich dziur, korzeni, polnych dróg i w końcu tego piachu bez najmniejszej awarii wzrosło moje zaufanie zarówno do jego możliwości, jak i niezawodności.
2. W końcu mam pewność, że napęd działa tak jak powinien, czyli dopina przód w trybie "all time" albo ciągnie od razu na 2 osie w trybie "Low" - gdyby coś było z tym nie tak w życiu nie wygrzebałbym się z tego piachu.
3. Nie bez znaczenia (zwłaszcza dla żony) było też nazbierane wiadro grzybów :-)
4. Ale jest też mały minus - jeśli masz wypieszczone auto, którego używasz na codzień na dojazdy do roboty, wożenie dzieciaków, itp. (tak jak ja) to w pewnym momencie może Ci się go zrobić szkoda (tak jak mi). Do teraz pamiętam ten łomot buksującego napędu na szczycie górki ... Tak że cieszę się bo poznałem trochę możliwości Jeepka, ale jednocześnie wybiłem sobie z głowy jakieś "poważniejsze" imprezy off-roadowe. Tym autem ... :-) :-)
PORADA - jeśli podjeżdżasz pod stromą górkę, czyli przez przednią szybę widzisz tylko niebo, to zwolnij przy dojeżdżaniu do szczytu. Bo za nim, owszem, może być płasko, ale bardziej prawdopodobne, że będzie tak samo stromo W DÓŁ :-)
Wprawdzie
seryjny WJ, w dodatku na w miarę cywilizowanych oponach, nie nadaje się raczej
do śmigania po pachy w jakichś bagnach, ale zgodnie z tym co stwierdzili
wcześniej Koledzy możliwości terenowe ma podobno nieporównywalnie lepsze od
innych "pseudoterenowych" SUV-ów. Do przedwczoraj wierzyłem na słowo, ale
cały czas męczyło mnie, że ponad pół roku jeżdżę Jeepem, ale w ogóle nie znam
jego możliwości terenowych. Innymi słowy, jeśli przyjdzie co do czego to nie
bedę w stanie nawet z grubsza ocenić czy mogę się rzucić na daną przeszkodę czy
też nie...
Na
szczęście nieoceniony Jarek zorganizował przedwczoraj "lajtowy
off-road" (połączony ze zbieraniem grzybów, żeby i żony miały coś z takiej
wycieczki). Hmm, "lajtowy" to może on był, ale dla chłopaków w podrasowanych
XJ-tach, ja parę razy nieźle się spociłem ;-)
Ale po kolei. Wystartowaliśmy w 4 auta z BP w Baranowie i pojechaliśmy w okolice Wronek i pięknej Puszczy Noteckiej. Początek przebiegał bez szaleństw: trochę dróg gruntowych, trochę polnych, trochę delikatnego piasku, aż w końcu dojechaliśmy w taką okolicę:
Ale po kolei. Wystartowaliśmy w 4 auta z BP w Baranowie i pojechaliśmy w okolice Wronek i pięknej Puszczy Noteckiej. Początek przebiegał bez szaleństw: trochę dróg gruntowych, trochę polnych, trochę delikatnego piasku, aż w końcu dojechaliśmy w taką okolicę:
No i fajnie: miałki piasek, po którym można trochę "popływać", lekkie górki, OK. Z czasem zaczęło się robić ciekawiej:
I jeszcze ciekawiej :-)
Problem jest taki, że zdjęcia ABSOLUTNIE nie oddają wrażenia jakie te "górki" robiły na żywo :-( Patrząc na 2 powyższe zdjęcia można sobie tylko z grubsza uświadomić jakie momentami zdarzały się nachylenia. Myślę, że spokojnie 20-25 stopni, i to nie przez 5 metrów, ale bardziej 30-40. I sypki piaseczek... Dość powiedzieć, że jeden z podjazdów Frontera musiała brać na 2 razy bo za pierwszym podejściem nie dała rady. XJ jadący przede mną podjechał pod tę górkę bez większych problemów, a mój WJ ... TEŻ DAŁ RADĘ za pierwszym razem :-) Oczywiście z zapiętym reduktorem. Wprawdzie blisko szczytu zaczęło się buksowanie i samochód prawie stanął w miejscu ale w końcu doczołgał się do wierzchołka. I tu właśnie lekko się spociłem z wrażenia, a właściwie to zacząłem się pocić już w momencie kiedy z daleka zauważyłem tę górkę :-)
Po około pół godzinie takiej trasy stanęliśmy i poszliśmy w las na grzyby, ciesząc się perspektywą powrotu tą samą trasą :-)
Jak mogę podsumować tego typu wyjazdy?
1. Przede wszystkim jestem teraz pewniejszy Jeepka - po pokonaniu tych wszystkich dziur, korzeni, polnych dróg i w końcu tego piachu bez najmniejszej awarii wzrosło moje zaufanie zarówno do jego możliwości, jak i niezawodności.
2. W końcu mam pewność, że napęd działa tak jak powinien, czyli dopina przód w trybie "all time" albo ciągnie od razu na 2 osie w trybie "Low" - gdyby coś było z tym nie tak w życiu nie wygrzebałbym się z tego piachu.
3. Nie bez znaczenia (zwłaszcza dla żony) było też nazbierane wiadro grzybów :-)
4. Ale jest też mały minus - jeśli masz wypieszczone auto, którego używasz na codzień na dojazdy do roboty, wożenie dzieciaków, itp. (tak jak ja) to w pewnym momencie może Ci się go zrobić szkoda (tak jak mi). Do teraz pamiętam ten łomot buksującego napędu na szczycie górki ... Tak że cieszę się bo poznałem trochę możliwości Jeepka, ale jednocześnie wybiłem sobie z głowy jakieś "poważniejsze" imprezy off-roadowe. Tym autem ... :-) :-)
PORADA - jeśli podjeżdżasz pod stromą górkę, czyli przez przednią szybę widzisz tylko niebo, to zwolnij przy dojeżdżaniu do szczytu. Bo za nim, owszem, może być płasko, ale bardziej prawdopodobne, że będzie tak samo stromo W DÓŁ :-)
sobota, 23 sierpnia 2014
Profilaktyka rozrusznika
Przebieg: 240 000
W ostatnich 2 miesiącach dobrych parę razy zdarzyło mi się, że przy próbie uruchomienia silnika rozrusznik zrobił tylko "kszszszszsz..." i koniec, silnik nie ruszył. Odpalał dopiero za drugim, trzecim razem. Ktoś inny pewnie by się tym zbytnio nie przejął, ale nie ja ;-) Zapuściłem wici na forum i postawiono 2 diagnozy:
* wyrobione szczotki rozrusznika - wariant z tych łatwiejszych,
* wyrobiony wieniec koła zamachowego - wariant pesymistyczny, bo jego wymiana to opuszczanie skrzyni z reduktorem, kupno używanego wieńca, itd., itp. czyli coś koło 1 tys. zł nie wyjęte.
No i w końcu jakoś tydzień temu zdarzyło się, że musiałem kręcić 4 albo 5 razy żeby odpalić maszynę, więc stwierdziłem, że czas najwyższy dzwonić do Jarka :-) Trochę się martwiłem czy on ogarnia takie tematy ale jakież było moje zaskoczenie kiedy usłyszałem "no pewnie, a za płotem mam elektryka, który zajmuje się też rozrusznikami" :-) :-)
Reszta to już banał - termin umówiony, Jeep podstawiony Jarkowi o 8:30, a o 14:00 gotowy do odbioru! Zakładałem, że tradycyjnie czeka mnie wariant pesymistyczny, ale tym razem okazało się, że wieniec jest całkiem OK (przy wyjmowaniu rozrusznika można to ocenić), a wyrąbane były po prostu szczotki rozrusznika - elektryk stwierdził, że rozrusznik mógł umrzeć w każdej chwili, a zimy nie przetrzymałby na pewno. Wymiana szczotek, razem z bendiksem i robocizną wyniosła 250 zł. Niska cena jak na spokój ducha, że nie czeka mnie zwożenie Jeepa na lawecie z powodu głupiego rozrusznika!
poniedziałek, 30 czerwca 2014
Nuuuuuuuuda
Przebieg: 238 870
To już prawie dwa miesiące bez żadnego posta na blogu, ale to dlatego że z Jeepem PO PROSTU NIC SIĘ NIE DZIEJE :-), normalnie nuda, ale oby trwała jak najdłużej. Wczoraj wróciłem z wakacji nad morzem, zrobione ponad 600 km i wszystko w jak najlepszym porządku, po prostu cały czas utwierdzam się w przekonaniu, że kupno Granda to był strzał w dychę!
To już prawie dwa miesiące bez żadnego posta na blogu, ale to dlatego że z Jeepem PO PROSTU NIC SIĘ NIE DZIEJE :-), normalnie nuda, ale oby trwała jak najdłużej. Wczoraj wróciłem z wakacji nad morzem, zrobione ponad 600 km i wszystko w jak najlepszym porządku, po prostu cały czas utwierdzam się w przekonaniu, że kupno Granda to był strzał w dychę!
czwartek, 8 maja 2014
Spalanie w CRD - cz. 1
Swego czasu, w poście "Fakty i mity" napisałem, że spalanie CRD, jeżdżącego głównie w trybie miejskim kręci się w okolicach 15 litrów/100 km. I była to oczywiście prawda, ALE prawda "zimowa" - moje obliczenia odnosiły się do okresu styczeń-kwiecień, kiedy było jeszcze dość zimno.
Jakież było moje zdziwienie :-) kiedy przy ostatnim tankowaniu uzyskałem taki wynik:
* km przejechane od ostatniego tankowania (oczywiście full) - 486.
* zatankowane paliwo (na full) - 60,42 l.
Tak tak - wynika stąd, że na przejechanie blisko 500 km zużyłem 60 litrów paliwa, czyli dokładnie licząc 12,4l / 100 km :-) :-) W tym ~120km było zrobionych w krótkiej trasie, a reszta tylko i wyłącznie w mieście. Czyli jest NIEŹLE :-) Oby tak dalej!
UZUPEŁNIENIE po dwóch latach: niestety ale to 120 km przejechane w trasie dość mocno wpłynęło na podany powyżej wynik. Po dwóch latach monitorowania spalania teraz już wiem, że przy 100% jazdy po mieście typowe spalanie to okolice 15l/100km.
UZUPEŁNIENIE po dwóch latach: niestety ale to 120 km przejechane w trasie dość mocno wpłynęło na podany powyżej wynik. Po dwóch latach monitorowania spalania teraz już wiem, że przy 100% jazdy po mieście typowe spalanie to okolice 15l/100km.
niedziela, 4 maja 2014
PUCOWANIE JEEPa - rezultaty
Przebieg: 237 000
1. PRZYGOTOWANIE LAKIERU.
Wczoraj pogoda była w stylu "czasem słońce, czasem chmury" i na deszcz się nie zapowiadało więc mogłem w końcu wypucować Jeepa. I zacznę trochę nietypowo: wiadomo, że już sam tytuł wpisu kojarzy się od razu z wrażeniami wizualnymi więc część z Was może oczekiwać dokładnej fotorelacji - pierwotnie miałem w sumie taki zamiar ale niestety okazuje się, że baaaardzo ciężko jest zrobić reprezentatywne (obiektywne) zdjęcie lakieru samochodowego ;-) Robię różne zdjęcia, różnymi aparatami od kilkunastu lat ale ten temat prawie że mnie pokonał. Tak że z góry uprzedzam, że od strony fotograficznej materiał nie będzie tak pełny jak bym chciał.
1. PRZYGOTOWANIE LAKIERU.
Oczywiście zaczynamy od myjni, najlepiej ręcznej, z dobrym szamponem. Ja poszedłem tutaj na łatwiznę i wstawiłem Jeepa na szczotki. Potem pojeździłem z 15 minut żeby wysechł i zabrałem się do roboty.
Najpierw oględziny lakieru i zlokalizowanie zanieczyszczeń, z którymi nie poradziła sobie myjka - te miejsca doczyściłem preparatem Spray&Clay Sonaxa czyli tzw. glinką ze specjalnym płynem. Tak to wygląda:
Fajnie to działa i nie jest wcale skomplikowane w "obsłudze" - rozpylasz płyn i jedziesz po nim tym żółtym czymś (glinką). Oczywiście jak już zacząłem szorowanie to z rozpędu przeleciałem ponad połowę auta :-)
Dalej na lakier poszedł "preparator" Sonaxa, czyli to mleczko. I tu pojawił się mały zonk - aplikacja jest prosta, działanie bardzo skuteczne (powierzchnia lakieru przy przesuwaniu po niej palcem "skrzypi" jak talerz dobrze wymyty Ludwikiem) ale niestety włazi we wszystkie możliwe szczeliny - efekt jest taki jak na zdjęciu poniżej:
Wszystkie szczeliny np. przy uszczelkach wypełniają się tym mleczkiem i wcale nie jest łatwo tak od razu je usunąć. Oczywiście tragedii nie ma bo szybko wysycha i się wykrusza ale jak widać nie do końca. Podejrzewam, że karcher bez problemu to wszystko wypłucze, ale wiadomo że nie chciałem tego robić od razu po nałożeniu ochrony więc później napiszę co i jak.
I tutaj powstaje pytanie czy przypadkiem nie wystarczyłoby użycie TYLKO tej glinki? Ja nie ryzykowałem bo na filmie instruktażowym Sonaxa używają mleczka niezależnie od glinki ...
2. NAŁOŻENIE OCHRONY.
W przypadku Collinita wszystko jest zgodne z oczekiwaniami: gąbką nabieramy wosku, rozprowadzamy po lakierze, po paru minutach polerujemy mikrofibrą i jest OK. Jeśli chodzi o Sonax to w instrukcji mówią żeby po ~15s od nałożenia "z wyczuciem" wypolerować szmatką. I tu pojawiają się 2 małe problemy:
* 15 sekund to dosyć mało, nawet mimo tego że pracujemy oczywiście na małych fragmentach karoserii, tak że w praktyce ciężko dotrzymać tego czasu,
* preparat po nałożeniu jest dość "tępy" dla mikrofibry i w związku z tym ciężko tu mówić o "polerowaniu z wyczuciem" - trzeba dosyć mocno dociskać szmatkę.
Jeśli chodzi o sam aplikator Sonaxa to jest średnio ergonomiczny - na dużych powierzchniach (typu maska) trzeba się namachać bo zbyt duży to on nie jest, a tam gdzie pojawiają się jakieś przetłoczenia blachy też trzeba się trochę namęczyć żeby je pokryć. Generalnie nakładanie Collinita było chyba przyjemniejsze.
W każdym razie po 4 godzinach :-) robota została zakończona i teraz mój Jeep wygląda tak:
W tych 4 godzinach zmieściło się także pokrycie wszystkich uszczelek specjalnym "kondycjonerem" do gumy oraz spryskanie zewnętrznych plastików jakimś sprayem kupionym na szybko na stacji benzynowej.
Tak jak wspomniałem zdjęcie nie oddaje w 100% stanu faktycznego - na żywo jest naprawdę SUPER - jestem zadowolony!
3. COLLINITE vs SONAX.
Pierwotnie spodziewałem się, że bez większych problemów będzie widać jakieś różnice, ale nic z tego. Ani na zdjęciach, ani gołym okiem nie sposób rozpoznać co lepsze - załączam zdjęcie; jeśli ktoś widzi jakąś różnicę to chętnie poczytam:
Tak że ewentualne różnice wyjdą pewnie z czasem, zwłaszcza po myciu samochodu, zobaczymy jak będzie po pierwszym karcherze - będę to oczywiście dokumentował.
I na koniec kilka PORAD, które wyszły w praniu podczas całej tej roboty:
1. Jeśli dotychczas wstawiałeś tylko auto na szczotki i cieszyłeś się z tego, że takie piękne wyjeżdza z myjni przygotuj się na SZOK. Podczas ostatecznego doczyszczania lakieru i przygotowywania podkładu prawdopodobnie przeżyjesz załamanie :-) Oczywiście przesadzam, ale jeśli masz auto używane od kilku lat to spodziewaj się:
* drobnych mikrorysek (właśnie od myjni) na CAŁYM lakierze, widocznych zwłaszcza w pełnym słońcu, np. coś takiego:
* drobnych mikrorysek (właśnie od myjni) na CAŁYM lakierze, widocznych zwłaszcza w pełnym słońcu, np. coś takiego:
* sporej liczby odprysków lakieru, zwłaszcza na przedniej części maski - coś jak tutaj:
Tragedia, prawda? Na szczęście wystarczy odejść 2 metry od samochodu i jawi się on zupełnie inaczej:
Tak, to ta sama maska :-), sfotografowana na tym samym etapie pracy co na zdjęciach powyżej, tylko z większej odległości.
2. Na wypucowanie całego Jeepa zarezerwuj sobie jakieś 5 godzin, a jeśli lubisz robić takie rzeczy bez pośpiechu to i 6-7 nie będzie za dużo.
3. Nie bój się tzw. "glinki". Ja jak pierwszy raz o niej usłyszałem to stwierdziłem, że to już przesada, używać jakiejś gliny na lakierze. Dodatkowo pomyślałem, że musi to być nie wiadomo jak skomplikowane. A w praktyce to po prostu kawałek "plasteliny", który użyty na zwilżonym lakierze elegancko usuwa trudniejsze zabrudzenia.
4. I jeszcze uwagi dla fotografów:
* absolutnie unikaj zbliżeń lakieru w pełnym słońcu - aparat jest bezwzględny i wychodzą wtedy rzeczy, których normalnie tak nie odbieramy. To podobnie jak przy robieniu portretów dobrą lustrzanką - można się wręcz przerazić bo widać każdy por na skórze, a w rzeczywistości w ogóle tego nie zauważamy, nawet z bliska.
* niestety w cieniu rzucanym przez jakąś przeszkodę w słoneczny dzień też nie jest najlepiej - tutaj z kolei przekłamanie jest w drugą stronę: zdjęcia tracą na szczegółowości na tyle, że 12-letnie auto bez wosku (tylko po myjni) będzie wyglądało podobnie co świeżo nawoskowany dwulatek,
* na dzień dzisiejszy mogę stwierdzić, że najbardziej "obiektywne" zdjęcie wyszło mi na odkrytym terenie, w momencie kiedy dość mocno się zachmurzyło (to jest to zdjęcie z porównaniem Collinite vs Sonax).
czwartek, 1 maja 2014
PUCOWANIE - preparaty
Robi się coraz cieplej, więc czas najwyższy zająć się lakierem Jeepa! W moim przypadku ma to podwójne znaczenie ponieważ parkuję samochód w bliskim sąsiedztwie pola uprawnego! Poważnie - farmer je orze, sieje, potem zbiera itd. Efekt jest taki, że nie ma u mnie opcji typu myje auto i przez 2 tygodnie jest ładne. Każdy samochód na tym parkingu pokrywa się cienką warstwą wyraźnie widocznego kurzu praktycznie po 24 godzinach od umycia. A musielibyście widzieć jak wyglądają jak farmer w sierpniu wpada na to pole kombajnem :-) I niestety jest to kurz, który nie schodzi po szybkim karcherze (mam w pobliżu myjkę samoobsługową) - jakoś tak się "wżera", że strumień czystej wody nie jest w stanie całkowicie go zmyć - tylko pełne mycie na szczotkach. Z poprzednich samochodów mam już doświadczenia z różnymi specyfikami i wiem, że jak dla mnie REWELACYJNY jest Sonax Premium Class Nano - pamiętam, że jak kiedyś użyłem go na 11-letnim Foresterze to co niektórzy koledzy zgrzytali zębami jak stawałem obok ich wymuskanych 6-latków bo Forek wyglądał lepiej :-)
Jest tylko jeden "problem"... Czytając wątki "kosmetyczne" na forach samochodowych zauważyłem, że sporo osób BARDZO sobie chwali wosk Collinite476... Nie byłbym sobą gdybym tego nie zweryfikował :-) Tak więc na pewno większość auta pokryję Sonaxem (mam już do niego zaufanie), ale na jakąś część położę Collinita. Jeszcze nie wiem na jaką, ale chcę zrobić to tak żeby łatwo można było porównać.
Krótki opis preparatów.
Według mnie najlepiej kupić zestaw taki jak na zdjęciu obok. Ma to taki plus, że w jednym kartoniku dostajemy WSZYSTKO co potrzebne - tylko umyć auto i można działać. Minus to oczywiście cena, ale biorąc pod uwagę, że w pudełku jest bardzo dobry podkład do przygotowania lakieru, gąbka do aplikacji właściwego preparatu i jeszcze 2 porządne szmatki z mikrofibry to wielkiej tragedii nie ma. Dodatkowo znajdziemy też płytkę DVD z filmem opisującym krok po kroku jak to wszystko zastosować - przydaje się żeby nie zgłupieć w stylu "czy ta gąbka jest do polerowania, czy do nakładania?".
Właściwego preparatu Nano nie opiszę w tej chwili ponieważ jest on w aplikatorze, którego nie chcę otwierać, natomiast jeśli chodzi o "preparator" to jest on bardzo podobny do mleczka do czyszczenia np. armatury kuchennej (jak CiF czy coś w tym stylu), może trochę bardziej gęsty, jak maść.
-----------------
O ile wiem to nie można go kupić w gotowych zestawach. Na allegro sprzedawcy oferują go co najwyżej razem z aplikatorem (gąbka) oraz szmatką z mikrofibry (ja zakupiłem właśnie taki zestaw). Tak że trzeba pamiętać, żeby razem z nim kupić coś do przygotowania lakieru (np. glinkę, albo coś w tym stylu). Czyli do ceny trzeba doliczyć ze 40 zł. Oczywiście ponieważ podkład miałem z zestawu Sonaxa tego wydatku już nie ponosiłem.
Po otwarciu pudełka preparat przypomina właściwie ... markową pastę do butów :-) Zresztą jest chyba podobna marka do czyszczenia butów? Nieważne. Zapowiada się nieźle.
To na razie tyle - dzisiaj deszcz wisi w powietrzu, więc z pucowania nici, czekam na odpowiednią pogodę ...
PORADA - jeśli chcesz zastosować porządne środki do ochrony lakieru zapoznaj się dokładnie z wymogami ich aplikacji. Większość z nich "nie lubi" nakładania w pełnym słońcu, czy też deszczu zaraz po nałożeniu.
czwartek, 24 kwietnia 2014
Diagnostyka przodu
Przebieg: 236 725
Przyszedł czas na sprawdzenie przedniego zawieszenia, do którego małe zastrzeżenia miał diagnosta podczas przeglądu. No to jazda na szarpaki... W tym momencie polecam stację diagnostyczną Koprasa w Dopiewie pod Poznaniem, chyba jednego z największych pasjonatów motoryzacji w Polsce - można by długo pisać o jego kolekcjach oraz o nim samym ale zrobili to już inni, np. tutaj.
W każdym razie moim zawieszeniem zajął się sam Mistrz i ... nic nie znalazł! Stwierdził, że wszystko chodzi jak w zegarku, i że jeśli bardzo bym chciał to mogę ewentualnie pomyśleć o nowych amortyzatorach, ale to tak przyszłościowo. Normalnie aż głupio
- czyli jednak da się wyjechać Jeepem od mechanika bez zostawiania standardowego 1500 zł
! Aż sobie kupiłem z tej okazji butlę napoju wyskokowego.
No nic, przy okazji rozpoznam temat amortyzatorów, ale to ze spokojem...
PS. Nie wiem czy to zasługa Jarka czy Kopras tak po prostu ma ale kiedy zapytałem ile płacę usłyszałem "zostawcie sobie na piwo"
DYFERENCJAŁ - co każdy chłopiec wiedzieć powinien?
Mechanizm różnicowy, hmmm, większość z nas z grubsza orientuje się jak działa i do czego się przydaje. Wiadomo, że pozwala na to aby półosie jednej osi mogły obracać się z różną prędkością będąc jednocześnie napędzane jednym wałem. Jest parę fajnych filmików w sieci, które bardzo dobrze to pokazują. I wszystko jest jasne kiedy mówimy o normalnych warunkach pracy dyferencjału, czyli po prostu o jeździe auta na wprost albo na zakrętach. Gorzej jeśli wrócimy do rozważań z poprzedniego postu, czyli co się dzieje jeśli samochód stoi, wał napędowy stoi, a kręcą się tylko koła, pojedynczo albo razem ale w przeciwnych kierunkach?? Moja wyobraźnia się w tym momencie "skończyła". Dlatego postanowiłem zakupić małą pomoc naukową żeby to sprawdzić :-) :-). No i tak powstał krótki filmik - zapraszam do obejrzenia:
No i wszystko jasne :-)
UWAGA - mechanizm pokazany na filmiku to "goły" dyferencjał, który w takiej postaci NIE MA RACJI BYTU w napędach! Dlaczego? Ano dlatego, że w takim surowym mechanizmie różnicowym nic nie zapobiega sytuacjom, w których jedno koło stoi w miejscu a drugie się cały czas kręci. I w takim przypadku jeśli np. jednym kołem staniemy na lodzie, a drugim na czymś mniej śliskim mogłoby zdarzyć się tak, że cały moment z wału napędowego pójdzie na buksowanie kołem na lodzie (bo ma ono mniejszy opór tarcia) a drugie koło będzie stało w miejscu - bezsens, zwłaszcza w aucie terenowym. Dlatego w dyferencjałach stosuje się dodatkowo różne rodzaje blokad (to nazwa potoczna, fachowo nazywa się je: mechanizmy różnicowe o zwiększonym oporze), które spinają półosie i nie pozwalają na wystąpienie opisanej sytuacji (np. sprzęgła wiskotyczne, wykorzystujące ciecze o lepkości, która zmienia się wraz ze zmianami temperatury).
sobota, 12 kwietnia 2014
Przegląd techniczny
Przebieg: 236 340
No to wybiła godzina przeglądu. W sumie to nie spodziewałem się żadnych niespodzianek bo auto było w ostatnim czasie kilkukrotnie przeglądane przez mechaników. Jedyne co mnie zastanowiło to jak typowa stacja diagnostyczna poradzi sobie z napędem na dwie osie. Najpierw pomyślałem, że załatwię to reduktorem, ale szybko wyprowadzono mnie z błędu
Okazuje się przełożenie dźwigni biegów na N odłącza skrzynię od silnika, a przełożenie reduktora na N odłącza skrzynię od reduktora i tyle - osie pozostają cały czas spięte sprzęgłem wiskotycznym, czyli napędzanie rolkami jednej osi spowoduje dołączenie drugiej i wyskok auta z rolek. No a potem zaczęła się dyskusja jak do tego podejść... Po przeczytaniu 4 stron wątku, które powstały w odpowiedzi na moje pytanie byłem właściwie w punkcie wyjścia bo pojawiły się teorie o uszkodzeniu reduktora przez takie badanie, o tym że diagności jak słyszą, że samochód ma taki napęd to w ogóle nie wpuszczają go na rolki tylko robią po prostu jazdę próbną, itd. itp. (chociaż były też prawidłowe rozwiązania "problemu", no ale utonęły w gąszczu różnych innych dziwnych teorii).
No to wybiła godzina przeglądu. W sumie to nie spodziewałem się żadnych niespodzianek bo auto było w ostatnim czasie kilkukrotnie przeglądane przez mechaników. Jedyne co mnie zastanowiło to jak typowa stacja diagnostyczna poradzi sobie z napędem na dwie osie. Najpierw pomyślałem, że załatwię to reduktorem, ale szybko wyprowadzono mnie z błędu
Stwierdziłem więc, że jednak zaufam diagnoście (akurat ten, do którego jeżdżę sprawia wrażenie całkiem łebskiego faceta). A on nie miał żadnego problemu - coś tam poklikał i ustawił tak że jeśli rolki
napędzają lewe koło to prawe rolki są "na luzie" i pozwalają żeby prawe
koło kręciło się swobodnie w przeciwnym kierunku i potem to samo z drugą stroną.
A ponieważ trochę znam tego diagnostę to poprosiłem żeby zrobił przegląd zawieszenia w sposób DRASTYCZNY, siedział w kanale pod autem chyba z 5 minut i jedyne co stwierdził to "lekko luźne drążki kierownicze" (o ile dobrze pamiętam) i "jakiś minimalny wyciek", wszystko to na lewym przodzie... Oczywiście nie było to nic co uniemożliwiłoby pozytywną ocenę techniczną - przegląd został zaliczony bez żadnego problemu. Aczkolwiek i tak w przyszłym tygodniu przyjrzy się temu "przodowi" kaczucha300td bo ja nie toleruję żadnych "lekkich" ani "minimalnych" usterek!
PORADA - jeśli przy
przełączaniu reduktora z pozycji N w górę słyszysz taki wyraźny
STUK to się nie przejmuj: to trzaskają zęby przekładni bo nie ma tam synchronizacji (dzięki za to info Gryzli).
POPRAWKA - Kolega agmar z wiadomego forum trochę mnie oświecił w temacie napędu w Jeepie i musiałem sprostować wpis: w QD nie ma opcji żeby koła jednej osi kręciły się w przeciwnych kierunkach! Normalny, "czysty" mechanizm różnicowy umożliwia taki numer, ale w Jeepie jest blokada vari-lok i kręcenie kołami w przeciwnych kierunkach to zdecydowanie ZŁY POMYSŁ. Tak że przy pozostawieniu drugiego koła na luźnych rolkach zacznie się ono kręcić W TYM SAMYM kierunku co koło napędzane, zacznie się również kręcić wał napędowy, co spowoduje że za chwilę dołączy się druga oś. No i teraz po prostu nie wiem dlaczego Jeep nie wyskoczył mi z tych rolek... Może prędkość rolek, tudzież czas ich działania były po prostu za małe...
POPRAWKA - Kolega agmar z wiadomego forum trochę mnie oświecił w temacie napędu w Jeepie i musiałem sprostować wpis: w QD nie ma opcji żeby koła jednej osi kręciły się w przeciwnych kierunkach! Normalny, "czysty" mechanizm różnicowy umożliwia taki numer, ale w Jeepie jest blokada vari-lok i kręcenie kołami w przeciwnych kierunkach to zdecydowanie ZŁY POMYSŁ. Tak że przy pozostawieniu drugiego koła na luźnych rolkach zacznie się ono kręcić W TYM SAMYM kierunku co koło napędzane, zacznie się również kręcić wał napędowy, co spowoduje że za chwilę dołączy się druga oś. No i teraz po prostu nie wiem dlaczego Jeep nie wyskoczył mi z tych rolek... Może prędkość rolek, tudzież czas ich działania były po prostu za małe...
środa, 9 kwietnia 2014
Na bieżąco
Ponieważ pomysł prowadzenia tego bloga powstał prawie 3 miesiące po zakupie wszystkie dotychczasowe wpisy miały charakter retrospektywny. Ale opisałem już wszystko co działo się z autem dotychczas i od tego miejsca wpisy będę starał się robić na bieżąco.
Jeep - klimatyzacja
18-03-2014 | Przebieg: 236 000
Podczas przeglądu klimy okazało się, że w układzie jest bardzo mało czynnika chłodzącego więc trzeba było to zdiagnozować. Serwisowcy zalali go więc azotem z jakimś dodatkiem żeby zobaczyć gdzie jest nieszczelność. Przez noc zleciało praktycznie wszystko i po krótkich poszukiwaniach stanęło na tym, że trafiona jest chłodnica. Oczywiście tradycyjnie cena oryginału mnie zabiła (chłodnica 2100 zł + osuszacz 600 zł) więc zacząłem szukać zamiennika - na forum Jeepa znalazłem namiar na firmę z Bydgoszczy. Z czystym sumieniem polecam bo firma ma spory wybór sprzętu dostępnego od ręki (a nie dopiero po ściągnięciu z zagranicy), bardzo sprawnie się komunikuje (odpowiedzi na maile przychodzą w ciągu 2-3 godzin) i nie ucieka od problemów.
Teraz
tylko kwestia jaka ta chłodnica?? Bo z rozmów na forum wynika, że w
WJ-tach można spotkać ich 3 rodzaje ... Kiedy jednak zadałem to pytanie w
sklepie odpowiedź wskazała jednoznacznie na jeden typ (być może te inne
rodzaje występują w innych rocznikach). Tak że w roczniku 2004 mamy
"zespoloną chłodnicę oleju" (opis ze strony sklepu - zespoloną bo chłodzi też olej do
wspomagania), taką jak na rysunku obok. Generalnie najlepiej sprawdzać jaki typ chłodnicy posiadamy patrząc, w których miejscach są gniazda węży i punkty mocowania.
Tak w ogóle to do wyboru dostałem zamienniki 3 różnych firm:
* AC PLUS (Korea, 12 mies. gwarancji) - 360 zł,
* NRF (Holandia, 24 mies. gwarancji) - 410 zł,
* NISSENS (Dania, 24 mies. gwarancji) - 460 zł.
A ponieważ Nissens robi (a przynajmniej robił) chłodnice na pierwszy montaż dla Porsche mój wybór był jasny :-)
Druga istotna kwestia przy wymianie chłodnicy klimy to tzw. OSUSZACZ. Kwestia jest istotna dlatego, że Jeep zaleca żeby "w razie poważnych rozszczelnień układu" wymieniać również osuszacz, który kosztuje 600 zł i NIE MA ZAMIENNIKÓW! Czyli w moim przypadku musiałbym wydać na to ustrojstwo więcej niż na całą chłodnicę! Na szczęście są ludzie, którzy tez przez to przechodzili i z ich doświadczeń wynika, że osuszacz trzeba wymieniać tylko jeśli auto jeździ z totalnie rozwaloną klimą i to przez dłuższy czas. W przypadku rozszczelnienia wystarczy porządnie przyłożyć próżnią (tak ze dwa razy dłużej niż normalnie) i jest git. Ja tak zrobiłem (serwisowcy zostali specjalnie przypilnowani) i wszystko gra!
Tak że z robocizną, dezynfekcją, uzupełnieniem czynnika zmieściłem się w 900 zł i był to taki wydatek satysfakcjonujący bo po pierwsze mam nową chłodnicę, a po drugie ustrzegło mnie to od śmierci pompy klimatyzacji, która zapewne by nastąpiła gdybym używał klimy nie wiedząc, że ucieka mi czynnik.
Specjalne podziękowania za pomoc w temacie klimatyzacji (i nie tylko) dla Kolegi GH_Stargard z forum Jeepa.
wtorek, 8 kwietnia 2014
Wtryskiwacze w CRD
07-03-2014 | Przebieg: 235 700
Jak wiadomo silnik w Jeepie 2,7 CRD to rzędowa piątka 270-CDI Mercedesa. I jak to w dieslu: jeśli masz auto z przebiegiem w okolicach 200 tys. km to należy liczyć się z tym że podkładki pod wtryskiwaczami mogą już puszczać (zresztą same wtryskiwacze też powoli mogą się rozszczelniać - dzięki za wszystkie uzupełnienia Gryzli). Usunięcie tego problemu polega na wymianie kosztujących dosłownie parę złotych podkładek pod wtryskiwacze i w sumie jest banalne... ale nie w Jeepie :-) A przynajmniej nie do końca. Chodzi o to, że amerykańscy konstruktorzy mieli chyba jakiś słabszy dzień i umieścili silnik w komorze w taki sposób, że swobodny dostęp jest tylko do wtryskiwaczy 1-3, a czwórka i piątka zachodzi pod podszybie i można wprawdzie je obejrzeć i zdiagnozować ale wyciągnąć nie ma jak...
No i teraz zgadnijcie, na którym wtryskiwaczu serwis wykrył mi nieszczelność podczas przeglądu silnika? Tak, OCZYWIŚCIE kuźwa na piątym! Pech ...
No i co teraz? Generalnie są dwie szkoły:
a) zgodna ze sztuką - polega na opuszczeniu całego silnika, tak żeby uzyskać dostęp,
b) metoda typu "Polak potrafi" czyli, uwaga, wycięcie dziury w podszybiu, tak żeby można było wyjąć wtryskiwacze bez opuszczania silnika, przez tę dziurę.
I można się śmiać z tej drugiej metody, ale tylko dopóki nie usłyszy się o kosztach jakie niesie metoda pierwsza - serwis merca wycenił mi ją tak:
* podkładka wtryskiwacza, 5 szt. - 16 zł,
* demontaż/montaż wtryskiwaczy + uszczelnienie - 1500 zł.
Nie, nie pomyliły mi się zera ... i to w dodatku jest cena po maksymalnym rabacie jaki mógł mi dać kumpel. A wszystko przez to, że trzeba było opuszczać silnik. Oczywiście w warsztatach "u pana Stasia" cena takiej usługi waha się w okolicach 600-800 zł. Niestety nie znam żadnego "pana Stasia" sprawdzonego na tyle żeby powierzyć mu opuszczanie silnika i grzebanie przy wtryskiwaczach. Tym bardziej, że te ustrojstwa po takim okresie eksploatacji potrafią się zapiec tak, że są nie do ruszenia - też przeżyłem jeden dzień grozy kiedy chłopaki z serwisu zadzwonili mi, że ten lejący wtryskiwacz jest tak zapieczony, że nie wiedzą czy w ogóle dadzą radę go ruszyć bez uszkodzenia. No ale dali ...
I teraz mam wszystko szczelne, jak w nowym wozie :-)
A skoro auto stało w serwisie przez 3 dni to jeszcze kazałem zrobić 2 rzeczy:
* te sworznie zdiagnozowane na samym początku przez ASO. To już był pikuś, wyszło niecałe 1000 zł ;-),
* pełny przegląd klimy - i JAKŻE BY INACZEJ, okazało się, że z klimą nie jest dobrze... Ale o tym w następnym wpisie.
* podkładka wtryskiwacza, 5 szt. - 16 zł,
* demontaż/montaż wtryskiwaczy + uszczelnienie - 1500 zł.
Nie, nie pomyliły mi się zera ... i to w dodatku jest cena po maksymalnym rabacie jaki mógł mi dać kumpel. A wszystko przez to, że trzeba było opuszczać silnik. Oczywiście w warsztatach "u pana Stasia" cena takiej usługi waha się w okolicach 600-800 zł. Niestety nie znam żadnego "pana Stasia" sprawdzonego na tyle żeby powierzyć mu opuszczanie silnika i grzebanie przy wtryskiwaczach. Tym bardziej, że te ustrojstwa po takim okresie eksploatacji potrafią się zapiec tak, że są nie do ruszenia - też przeżyłem jeden dzień grozy kiedy chłopaki z serwisu zadzwonili mi, że ten lejący wtryskiwacz jest tak zapieczony, że nie wiedzą czy w ogóle dadzą radę go ruszyć bez uszkodzenia. No ale dali ...
I teraz mam wszystko szczelne, jak w nowym wozie :-)
A skoro auto stało w serwisie przez 3 dni to jeszcze kazałem zrobić 2 rzeczy:
* te sworznie zdiagnozowane na samym początku przez ASO. To już był pikuś, wyszło niecałe 1000 zł ;-),
* pełny przegląd klimy - i JAKŻE BY INACZEJ, okazało się, że z klimą nie jest dobrze... Ale o tym w następnym wpisie.
poniedziałek, 7 kwietnia 2014
JEEP WJ - Fakty i Mity
28-02-2014 | Przebieg: 235 700
Jeżdżę Jeepem już prawie 2 miesiące więc jestem już starym wyjadaczem :-) To oczywiście żart ale do paru z tych bardziej ogólnych obiegowych opinii o aucie mogę się ustosunkować. Pierwszą z nich i jednocześnie NAJBARDZIEJ CHYBIONĄ jest:
1. Grand Cherokee to wielka krowa - NIC BARDZIEJ MYLNEGO!
2. Grand Cherokee to samochód terenowy - Hmmm...
3. Silnik 2,7 CRD pali poniżej 10 litrów na setkę - I tak, i nie :-)
Jeżdżę Jeepem już prawie 2 miesiące więc jestem już starym wyjadaczem :-) To oczywiście żart ale do paru z tych bardziej ogólnych obiegowych opinii o aucie mogę się ustosunkować. Pierwszą z nich i jednocześnie NAJBARDZIEJ CHYBIONĄ jest:
1. Grand Cherokee to wielka krowa - NIC BARDZIEJ MYLNEGO!
Owszem, wrażenie "wielkości" jest bezdyskusyjne, ale zacząłem się nad nim zastanawiać od momentu kiedy stanąłem na parkingu obok jakiegoś Avensisa kombi, który wydał mi się wręcz dłuższy od Jeepa! Poprzeglądałem wymiary różnych aut i mocno się zdziwiłem. Myślę, że też się zdziwicie jeśli powiem, że stara dobra Octavia kombi jest ... tak tak, DŁUŻSZA i SZERSZA niż Grand! Wystarczy spojrzeć na poniższe rysunki (rysunki nie są w tej samej skali - trzeba patrzeć na wymiary):
![]() |
Jeep WJ vs Octavia III kombi - rozmiary. |
Owszem na rysunku jest Octavia trójka, która lekko urosła w stosunku do dwójki, ale powiedzmy sobie szczerze, że Skoda nie jest akurat największą z limuzyn jeżdżących po drogach ... A najlepsze, że pomimo to wnętrze Jeepa jest bardzo obszerne - prawdopodobnie amerykanie zastosowali tutaj jakieś zaginanie czasoprzestrzeni :-) :-) A tak poważnie to wrażenie "wielkości" Jeepa bierze się chyba po prostu stąd, że jest o jakieś 30 cm wyższy od plaszczaków.
2. Grand Cherokee to samochód terenowy - Hmmm...
Nie jestem off-roadowcem więc nie będę się wymądrzał (wiem, że są Grandy z tak podrasowanym zawieszeniem, że w terenie mogą odstawiać numery prawie że przeczące prawom fizyki :-) ale jeśli mówimy o modelach seryjnych to podejrzewam, że jeśli wpadniesz Jeepem na leśną, podziurawioną drogę z prędkością 60 km/h to zostawisz na niej zawieszenie tak samo szybko jak zwykła osobówka, no, może 100 metrów dalej). Powiem tylko co jest fajne z punktu widzenia mieszczucha:
a) duży prześwit - oczywiście GENIALNA sprawa na wszelkie wysokie krawężniki, albo różne "niespodzianki" na drodze. Mieszkam na osiedlu, na którym developerzy wybudowali bloki, ale drogi pozostawili nieutwardzone i jeżdżąc tu seatem całkiem często zdarzało mi się przeszorować podwoziem o glebę, a żeby tego uniknąć czasami trzeba było toczyć się dosłownie 10km/h. To samo jeśli chodzi o nieutwardzone miejsca, powiedzmy, parkingowe - zwłaszcza po deszczu ziemia przy krawężnikach tak się osuwa, że długie metry parkingów są wolne bo nie sposób tam wjechać bez walnięcia podwoziem w krawężnik albo nawet lekkiego zawieszenia się. W Jeepie wszystkie takie miejsca są moje :-)
b) napęd na 2 osie - sprawdza się nie tylko w trudnym terenie. Wystarczy, że zostawię auto na "parkingu", który jest właściwie kawałkiem łąki i w nocy spadnie ulewny deszcz. Rano trzeba się wtedy czasami nieźle namęczyć żeby wygrzebać jednoosiowca z błota. W Jeepie przestaje się w ogóle myśleć o takich problemach :-) Oczywiście nie muszę chyba wspominać o tym jak napęd 4x4 zachowuje się zimą; do dzisiaj pamiętam jak kiedyś wyjeżdżając seatem z parkingu musiałem stanąć na podjeździe (pochylenie max. 15 stopni) żeby przepuścić ludzi na chodniku. I tak jak stanąłem tak zostałem, dopóki parę osób mnie nie popchnęło. A wcale nie był tam jakiegoś lodu, tylko ubity śnieg. W Jeepie o tego typu problemach również się zapomina.
a) duży prześwit - oczywiście GENIALNA sprawa na wszelkie wysokie krawężniki, albo różne "niespodzianki" na drodze. Mieszkam na osiedlu, na którym developerzy wybudowali bloki, ale drogi pozostawili nieutwardzone i jeżdżąc tu seatem całkiem często zdarzało mi się przeszorować podwoziem o glebę, a żeby tego uniknąć czasami trzeba było toczyć się dosłownie 10km/h. To samo jeśli chodzi o nieutwardzone miejsca, powiedzmy, parkingowe - zwłaszcza po deszczu ziemia przy krawężnikach tak się osuwa, że długie metry parkingów są wolne bo nie sposób tam wjechać bez walnięcia podwoziem w krawężnik albo nawet lekkiego zawieszenia się. W Jeepie wszystkie takie miejsca są moje :-)
b) napęd na 2 osie - sprawdza się nie tylko w trudnym terenie. Wystarczy, że zostawię auto na "parkingu", który jest właściwie kawałkiem łąki i w nocy spadnie ulewny deszcz. Rano trzeba się wtedy czasami nieźle namęczyć żeby wygrzebać jednoosiowca z błota. W Jeepie przestaje się w ogóle myśleć o takich problemach :-) Oczywiście nie muszę chyba wspominać o tym jak napęd 4x4 zachowuje się zimą; do dzisiaj pamiętam jak kiedyś wyjeżdżając seatem z parkingu musiałem stanąć na podjeździe (pochylenie max. 15 stopni) żeby przepuścić ludzi na chodniku. I tak jak stanąłem tak zostałem, dopóki parę osób mnie nie popchnęło. A wcale nie był tam jakiegoś lodu, tylko ubity śnieg. W Jeepie o tego typu problemach również się zapomina.
3. Silnik 2,7 CRD pali poniżej 10 litrów na setkę - I tak, i nie :-)
Piszę o tym ponieważ dość często można w ogłoszeniach sprzedażowych wyczytać informację typu "ekonomiczny silnik, spalanie 9l/100km" itp. I w zasadzie jest to częściowa prawda - jeśli robisz dziennie 50 km po niezbyt uczęszczanych drogach, z dwoma sygnalizatorami świetlnymi na krzyż po drodze to jest szansa, że zamkniesz się w tych 10 litrach. Kiedy jestem w trasie i jadę sobie spokojne 90-110 km/h to na komputerze widzę bardzo przyjemne 8-9 l/100. Niestety 80% czasu jazdy Jeepem marnuję na stanie w poznańskich korkach - a wtedy na komputerze rzadko kiedy widzę mniej niż 14 l/100. A w praktyce, jak spojrzę na zapiski z tankowań wychodzi coś około 15. Ale wiecie co Wam powiem? Mam to gdzieś, Jeep jest warty płacenia za takie spalanie :-)
SPROSTOWANIE - jeśli chodzi o te "zapiski z tankowań" to odnosiły się one do okresu luty-kwiecień, czyli kiedy było dość zimno (okolice zera stopni). W momencie kiedy piszę to sprostowanie (początek maja) właśnie uzyskałem wynik 12,4 litra/100 km - czyli może jednak latem będzie lepiej :-) Będę to śledził i opisywał w blogu.
--------------------
UZUPEŁNIENIE - poprosiłem o rzut oka na blog bardziej doświadczonych użytkowników Jeepa i kilku z nich (pozdrawiam Gryzli i GCLucas :-) ) trochę się na mnie oburzyło, że w punkcie 2 zdecydowanie spłyciłem możliwości terenowe Granda. Najlepiej będzie jak po prostu przytoczę ich słowa:
GCLucas:
A Kolega Gryzli pozwolił na umieszczenie filmiku, który pokazuje możliwości jego seryjnego Jeepa:
https://www.youtube.com/watch?v=iAdB8PN9JtA
I jeszcze jego komentarz do tego filmiku:
Dziękuję bardzo Panowie!
SPROSTOWANIE - jeśli chodzi o te "zapiski z tankowań" to odnosiły się one do okresu luty-kwiecień, czyli kiedy było dość zimno (okolice zera stopni). W momencie kiedy piszę to sprostowanie (początek maja) właśnie uzyskałem wynik 12,4 litra/100 km - czyli może jednak latem będzie lepiej :-) Będę to śledził i opisywał w blogu.
--------------------
UZUPEŁNIENIE - poprosiłem o rzut oka na blog bardziej doświadczonych użytkowników Jeepa i kilku z nich (pozdrawiam Gryzli i GCLucas :-) ) trochę się na mnie oburzyło, że w punkcie 2 zdecydowanie spłyciłem możliwości terenowe Granda. Najlepiej będzie jak po prostu przytoczę ich słowa:
GCLucas:
Myślę, że trochę zaniżyłeś zdolności terenowe seryjnego GrandaJeep spokojnie poradzi sobie z naprawdę wymagającym terenem, natomiast z twojego opisu wynika, że WJ jest jak każdy mały cross-over, krawężniki, trochę błota, nieutwardzone drogi... to są zdolności terenowe, ale Toyoty RAV4 a nie granda
![]()
Myślę, że piaskownie, leśne wertepy oraz lekkie przeprawy przez rzekę to bardziej zdolności terenowe seryjnego Grand Cherokee.
A Kolega Gryzli pozwolił na umieszczenie filmiku, który pokazuje możliwości jego seryjnego Jeepa:
https://www.youtube.com/watch?v=iAdB8PN9JtA
I jeszcze jego komentarz do tego filmiku:
... ravka nie dała by rady bo nie ma reduktora, ciągnie na przód i tył dopina z opóźnieniem - od razu siedzi w tym piachu po silnik. Pod tą górkę nawet patrol diesel nie wyjechał ...
Dziękuję bardzo Panowie!
Jeep WJ - olej w skrzyni biegów?
25-02-2014 | Przebieg: 235 600
Wymieniać czy nie wymieniać - oto jest pytanie :-) Sytuacja jest trochę głupkowata bo w zaleceniach serwisowych dla WJ-ta zostało napisane, że skrzynia jest BEZOBSŁUGOWA i nie wymaga wymiany oleju. I w związku z tym normalnie bym jej nie ruszał ALE jak się zapyta o tę kwestię serwis to z reguły miny przybierają dosyć niewyraźne, typu "nooo niby nie trzeba, ale w zasadzie to można, nie zaszkodzi", itp. itd. Owszem, można tu snuć teorie, że serwis jest żywotnie zainteresowany zarobieniem pieniędzy na tej wymianie i może być nieobiektywny w tej opinii, więc pomyślałem że popytam jeszcze gdzieś indziej. I tu okazało się, że mam znajomego (pozdrawiam Robert), który szefuje w jednym z serwisów Mercedesa - no to jestem w domu :-) Jego pierwsze słowa były "pierwsze słyszę, że jest jakaś skrzynia merca, w której nie trzeba zmieniać oleju, ale sprawdzę to". No i zaczął sprawdzać - według tego co ustalił faktycznie mercedes wypuszczał taką skrzynię, ale tylko do roku 2002 (chyba) wspominali o bezobsługowości, potem zalecali już normalne wymiany. Tak że po pierwsze wcale nie jest pewne, że każdy WJ ma właśnie ten model bezobsługowy, a po drugie Robert stwierdził "bezobsługowa czy nie, ja tam zawsze zalecam wymianę oleju co 60 tysięcy, a najlepiej co 30". Tak że w sumie rozwiał moje wątpliwości.
Zostawiłem więc auto na wymianę oleju, który przebiegł całkowicie bezboleśnie jeśli nie liczyć ceny: 800 zł (chociaż jak na taką robotę i to w autoryzowanym serwisie merca to jeszcze pół biedy). Dokładnej marki zastosowanego oleju nie znam bo był brany "z beczki markowanej mercedesem", ale wiadomo, że jak na razie nie wymyślono żadnego zamiennika dla dedykowanego oleju mercedesa MB 236.14.
A przy okazji okazało się, że jednak warto było ruszyć tę skrzynię ponieważ wyszło, że wtyczka od jej sterowania trzyma się na słowo honoru (polepiona silikonem, zawilgocona, itp.). W razie gdyby spadła albo zrobiła zwarcie samochód staje i tylko laweta ...
A przy okazji okazało się, że jednak warto było ruszyć tę skrzynię ponieważ wyszło, że wtyczka od jej sterowania trzyma się na słowo honoru (polepiona silikonem, zawilgocona, itp.). W razie gdyby spadła albo zrobiła zwarcie samochód staje i tylko laweta ...
Niestety gorzej, że przy okazji tej wymiany poprosiłem o rzut oka na "całokształt" silnika - no i ten rzut oka wkrótce będzie mnie kosztował dużo więcej :-( Ale o tym w kolejnych postach...
PORADA - kupując olej do skrzyni biegów pamiętaj, żeby od razu kupić też uszczelkę - ulega ona zniszczeniu podczas rozkręcania skrzyni.
PORADA - kupując olej do skrzyni biegów pamiętaj, żeby od razu kupić też uszczelkę - ulega ona zniszczeniu podczas rozkręcania skrzyni.
niedziela, 6 kwietnia 2014
"PUFFF" i spadek mocy, szarpanie ...
12-02-2014 | Przebieg: 235 100
Dzisiaj po paru minutach jazdy depnąłem trochę mocniej (ale też bez przesady) i usłyszałem (nawet niezbyt głośne) PUFF, no i silnik zaczął się zachowywać jakby "chciał a nie mógł" - od zera jeszcze jakoś się kula ale już na dwójce zaczyna nabierać obrotów o wiele wolniej niż powinien, po czym obroty lecą w dół. I tak w kółko... Silnik i skrzynia się męczą bo przez to szarpanie obrotów ciężko jest go wkręcić na tyle żeby w ogóle przerzucił na trójkę. O co chodzi?
Zaraz zaraz, pamiętam, że w Seacie miałem podobną sytuację jak zleciał mi przewód powietrza z intercoolera - może tutaj jest to samo? Rzut oka pod maskę i moim oczom ukazuje się taki oto widok:
Hmm, specjalnie się na tym nie znam ale ten gruby wąż ewidentnie nie powinien sobie wisieć w powietrzu :-) Na szczęście ma on sprytną obejmę, którą łatwo można poluzować i zacisnąć zwykłym śrubokrętem więc 5 minut roboty i wąż wraca na swoje miejsce a silnik zaczyna działać tak jak powinien. Uff, parę złotych w kieszeni ...
Dodam jeszcze, że kilka dni temu zalałem do silnika Militec. W Seacie problem z przewodami powietrza RÓWNIEŻ WYSTĄPIŁ w 2-3 dni od zalania tego preparatu. Czyli chyba jednak jakoś działa bo w takie zbiegi okoliczności raczej nie wierzę.
Opony dla Jeepa
11-02-2014 | Przebieg: 235 100
O oponach dla Jeepa można oczywiście napisać pięciotomową Encyklopedię :-) I jeśli nie jesteś ortodoksem oponowym to lepiej zbytnio się nie zagłębiaj w ten temat bo szybko utoniesz w rozważaniach co lepsze na błoto, na piach, na ubity śnieg, na sypki śnieg, itd. itp. i wylądujesz z czterema kompletami opon na różne okazje i pory roku, a każdy po 2500 zł.
Ja w 95% jeżdżę po mieście i w związku z tym mam takie założenia:
a) zimą w mieście i tak poruszamy się przez większość czasu w brei jaką tworzy śnieg posypany solą i w związku z tym właściwie to najlepiej mieć opony, które dobrze radzą sobie po prostu na czymś mokrym i błotopodobnym, bo
b) jak służby zaśpią i nie posypią to i tak trafimy na ślizgawkę, na której żadna opona nie da rady,
Ja w 95% jeżdżę po mieście i w związku z tym mam takie założenia:
a) zimą w mieście i tak poruszamy się przez większość czasu w brei jaką tworzy śnieg posypany solą i w związku z tym właściwie to najlepiej mieć opony, które dobrze radzą sobie po prostu na czymś mokrym i błotopodobnym, bo
b) jak służby zaśpią i nie posypią to i tak trafimy na ślizgawkę, na której żadna opona nie da rady,
c) jeśli masz napęd na 2 osie to zimą nawet na zajechanych oponach letnich i tak poradzisz sobie lepiej niż jakikolwiek jednoosiowiec z choćby najlepszymi zimówkami :-)
W związku z powyższym od razu założyłem, że będę szukał opon uniwersalnych, na cały rok. Ufff, co za ulga - w końcu nie będę się musiał zastanawiać 2 razy w roku "czy to już czas na zmianę?" :-)
Pierwotnie wybór padł na Pirelli Scorpion (coś około 600 zł sztuka na Oponeo), ale zadałem pytanie na forum Jeepa i tam jednoznacznie polecono mi Bridgestony Duellery (dzięki GH_Stargard). A ja raczej słucham ludzi bardziej doświadczonych ode mnie więc kupiłem je bez większego zastanawiania się. W cenie 430 zł za sztukę i dodam, że ludzie z serwisu, w którym od lat zmieniam opony byli w szoku "jak TAK PRZYZWOITA i tak duża opona może kosztować tak śmieszne pieniądze?" :-)
Tak że POLECAM!
PORADA - pamiętaj, że auta z napędem na 2 osie wprawdzie o wiele lepiej od jednoosiówek ruszają i sterują po śniegu ALE HAMUJĄ DOKŁADNIE TAK SAMO KIEPSKO.
PORADA - pamiętaj, że auta z napędem na 2 osie wprawdzie o wiele lepiej od jednoosiówek ruszają i sterują po śniegu ALE HAMUJĄ DOKŁADNIE TAK SAMO KIEPSKO.
MILITEC
07-02-2014 | Przebieg: 235 000
Na temat tego preparatu toczą się "odwieczne" spory: że to zwykłe naciągactwo, że absolutnie nic nie daje, z drugiej strony, że niby stosuje to armia USA, są w sieci filmy jak samochody które go dostały jeżdżą nawet po spuszczeniu oleju z silnika, itp. itd. I chyba normalnie bym go nie użył, ALE zalałem go kiedyś do Seata... I oczywiście nie było żadnych spektakularnych efektów działania typu spadek spalania, czy ciszej działający silnik, ale z drugiej strony podczas tej zimy kiedy zdarzało się w nocy minus 25 stopni Leon nigdy nie zawiódł, odpalał nawet bez jakiegoś większego "zastanawiania się". A dla diesli takie temperatury to już małe wyzwanie ...
Poza tym z tamtych czasów została mi jedna butelka preparatu (akurat na silnik + jeszcze trochę zostaje) więc stwierdziłem, że zaryzykuję :-) No i poszło 200 ml do silnika i jakieś 20-30 do układu wspomagania. I co do silnika to żadnych wymiernych rezultatów nie widzę, ale jeśli chodzi o wspomaganie to WYDAJE SIĘ, że pompa zdecydowanie się uspokoiła. Wcześniej "pojękiwała" sobie przy skrętach, teraz też czasami się odezwie, ale rzadziej, tylko przy skrętach zupełnie na maksa. Nie wiem, może to zbieg okoliczności, nie wyrokuję, piszę tylko jak jest ...
sobota, 5 kwietnia 2014
kaczucha300td atakuje
30-01-2014 | Przebieg: 234 800
Celowo poświęcam osobny wpis użytkownikowi forum Jeepa kryjącemu się pod nickiem kaczucha300td. Po prostu w dzisiejszych czasach trudno o tak rzetelnego mechanika! Już wcześniej pisałem, że zaczęliśmy od podjechania na szarpaki żeby zdiagnozować te tylne wahacze (dodam jeszcze, że nic mnie to nie kosztowało), a teraz wszystko zostało umówione, płyny zakupione, więc przyszedł czas żeby oddać mojego kochanego Jeepa w jego ręce. Oczywiście wszystko zostało zrobione bez żadnych problemów i w terminie, a poniżej powiem tylko co szczególnie mnie ujęło podczas współpracy z Jarkiem:
1. O profesjonalnej diagnozie już wspominałem - jak powiedziałem, że trzeba sprawdzić wahacze to nie było żadnego walenia młotkiem po zawieszeniu tylko pojechaliśmy na szarpaki i wszystko ładnie wyszło, a całe to badanie było niejako w cenie.
2. Sensowna wycena - bez żadnego "dogadamy się", czy wchodzenia w zbędne szczegóły. Do zrobienia jest to, to, to i to, jeżeli nie będzie niespodzianek to zajmie mi to N dniówek, czyli XXX złotych i wszystko jasne. Dodatkowym plusem takiej wyceny jest to, że różne drobiazgi Jarek robi niejako "w tle", na zasadzie "musiałem czekać aż zleci olej, więc machnąłem pasek klinowy" :-)
3. "Full service" - jak nie wiesz gdzie albo jaką część kupić, to nie ma problemu - Jarek kupił wszystko co potrzebne do zrobienia wahaczy po wcześniejszym ustaleniu czy chcę tanio, czy porządnie :-). Tak że jak ktoś nie ma czasu albo nie bardzo się orientuje to jedyne co musi zrobić to dostarczyć i potem odebrać auto z warsztatu. Dodam też, że jego podejście jest bardzo racjonalne: większość mechaników zaproponowałaby mi w tej sytuacji zakup i wymianę całych wahaczy - Jarek stwierdził, że skoro same wahacze są OK to po co przepłacać, lepiej kupić i wymienić same gumy. Mimo że musiał w tym celu jeździć gdzieś do kolegi na prasę żeby je osadzić. A ja miałem dzięki temu parę setek w kieszeni.
4. I jeszcze jedna rzecz, której trudno nie docenić - przez te parę dni zamawiania gratów i potem roboty NIE ZDARZYŁO SIĘ, żeby Jarek nie odebrał któregoś z moich licznych ;-) telefonów. Jak raz nie zdążył odebrać to oddzwonił jeszcze zanim zdążyłem ponownie wybrać numer...
2. Sensowna wycena - bez żadnego "dogadamy się", czy wchodzenia w zbędne szczegóły. Do zrobienia jest to, to, to i to, jeżeli nie będzie niespodzianek to zajmie mi to N dniówek, czyli XXX złotych i wszystko jasne. Dodatkowym plusem takiej wyceny jest to, że różne drobiazgi Jarek robi niejako "w tle", na zasadzie "musiałem czekać aż zleci olej, więc machnąłem pasek klinowy" :-)
3. "Full service" - jak nie wiesz gdzie albo jaką część kupić, to nie ma problemu - Jarek kupił wszystko co potrzebne do zrobienia wahaczy po wcześniejszym ustaleniu czy chcę tanio, czy porządnie :-). Tak że jak ktoś nie ma czasu albo nie bardzo się orientuje to jedyne co musi zrobić to dostarczyć i potem odebrać auto z warsztatu. Dodam też, że jego podejście jest bardzo racjonalne: większość mechaników zaproponowałaby mi w tej sytuacji zakup i wymianę całych wahaczy - Jarek stwierdził, że skoro same wahacze są OK to po co przepłacać, lepiej kupić i wymienić same gumy. Mimo że musiał w tym celu jeździć gdzieś do kolegi na prasę żeby je osadzić. A ja miałem dzięki temu parę setek w kieszeni.
4. I jeszcze jedna rzecz, której trudno nie docenić - przez te parę dni zamawiania gratów i potem roboty NIE ZDARZYŁO SIĘ, żeby Jarek nie odebrał któregoś z moich licznych ;-) telefonów. Jak raz nie zdążył odebrać to oddzwonił jeszcze zanim zdążyłem ponownie wybrać numer...
Tak że po niecałych dwóch dniach pobytu w warsztacie Jarka odebrałem Jeepa ze świeżutkimi płynami ustrojowymi :-) zrobionymi tylnymi wahaczami i jeszcze przy okazji założonym nowym paskiem klinowym, i to wszystko w cenie około 2 tyś. zł (licząc razem z tym co wydałem na płyny).
No i Jeep w końcu przestał tańczyć :-)
Pakiet startowy czyli pierwsza toaleta
30-01-2014 | Przebieg: 234 800
Nie pamiętam dokładnie, ale wchodzi coś pomiędzy 6-7 litrów.
2. REDUKTOR - tu również sytuacja jest prosta: nie oszczędzamy, lejemy Mopara, tym bardziej że nie jest jakoś drastycznie drogi, około 80 zł za litrową butlę, a trzeba kupić tylko dwie, bo do reduktora wchodzi coś około 1,7 litra. Na zdjęciu poniżej pierwszy od lewej.
5. CHŁODZENIE - nie ruszałem bo jakoś zapomniałem :-) Z tego co czytałem to spokojnie daje radę zwykły Prestone, tylko w dosyć dużej ilości, około 14 litrów.
6. SKRZYNIA BIEGÓW - to osobna historia :-) Wkrótce poświęcę jej oddzielny wpis.
No i fajnie! Tylko kto mi to wszystko powymienia?? Jak nietrudno się domyślić będzie to Jarek - poświęcę temu osobny wpis.
PORADA - jeśli kupujesz do wspomagania Mopara to warto wcześniej zalać coś tańszego żeby przepłukać układ.
Kupując Jeepa bez aktualnej historii serwisowej (u mnie kończyła się ona gdzieś w okolicach roku 2011) OBOWIĄZKOWO realizujemy tzw. pakiet startowy, czyli wymianę najważniejszych płynów eksploatacyjnych w samochodzie. A w przypadku auta z napędem na 2 osie trochę tego jest. Nie muszę dodawać, że wytyczne Jeepa jednoznacznie zalecają stosowanie dedykowanych wyrobów Mopara, natomiast na szczęście nie zawsze jest to konieczne. Poniżej wymienię co zrobiłem wraz z krótkimi komentarzami.
1. SILNIK - tu sytuacja jest stosunkowo prosta: silnik Mercedesa to nie jest jakiś wysoce zaawansowany model, więc wystarczy przyzwoity olej 10W40. Ja zalałem Mobila 2000:
Nie pamiętam dokładnie, ale wchodzi coś pomiędzy 6-7 litrów.
Czasami można spotkać się z teoriami, że lepiej jest zalać 5W40, ale jest to trochę dyskusja o wyższości Świąt ... W każdym razie pokazane po prawej zalecenia Jeepa mówią jednoznacznie, że 5W40 stosujemy wtedy gdy temperatura spada trwale ("consistently") poniżej minus 12 stopni. No a ile w Wielkopolsce mamy takich dni ...
2. REDUKTOR - tu również sytuacja jest prosta: nie oszczędzamy, lejemy Mopara, tym bardziej że nie jest jakoś drastycznie drogi, około 80 zł za litrową butlę, a trzeba kupić tylko dwie, bo do reduktora wchodzi coś około 1,7 litra. Na zdjęciu poniżej pierwszy od lewej.
3. MOSTY - tu zaczynają się małe schody. Jak zobaczyłem cenę Mopara dedykowanego do mostów to spadłem z krzesła: coś około 160 zł za litr, a trzeba kupić 4 litry, bo do jednego mostu wchodzą ponad 2 litry, do drugiego ponad 1. Cały problem polega na tym, że trzeba kupić olej do przekładni wyposażonych w tzw. układ ograniczonego poślizgu. NA SZCZĘŚCIE jest przyzwoity zamiennik: Castrol SYNTRAX LIMITED SLIP 75W-140 (pośrodku na zdjęciu poniżej). Sporo Jeepowców używa go jako zamiennik i nie narzekają; ja również zrobiłem na nim już parę tysięcy km i wszystko gra. Dosyć ciekawa jest kwestia ceny tej mikstury - na allegro można go znaleźć już za 35 zł/litr. I o mało co już bym kupił w tej cenie, ale do myślenia dało mi, że kilku innych sprzedawców (pokazujących, że ściągają markowe oleje w potężnych ilościach) ma go po około 65 zł - może jestem dziwny ale kupiłem w tej droższej cenie :-)
4. WSPOMAGANIE - tu można zaszaleć i kupić Mopara (około 60 zł/litr), ale można też kupić coś klasy ATF II D. Ja pierwotnie kupiłem Mopara, ale podczas wymiany coś mu się stało, zaczął się pienić (dokładnie już nie powiem bo nie robiłem tego osobiście) i ostatecznie do wspomagania powędrował specyfik pokazany poniżej (pierwszy od prawej).
![]() |
| Płyny ustrojowe do Jeepa (reduktor, mosty, wspomaganie). |
5. CHŁODZENIE - nie ruszałem bo jakoś zapomniałem :-) Z tego co czytałem to spokojnie daje radę zwykły Prestone, tylko w dosyć dużej ilości, około 14 litrów.
6. SKRZYNIA BIEGÓW - to osobna historia :-) Wkrótce poświęcę jej oddzielny wpis.
No i fajnie! Tylko kto mi to wszystko powymienia?? Jak nietrudno się domyślić będzie to Jarek - poświęcę temu osobny wpis.
PORADA - jeśli kupujesz do wspomagania Mopara to warto wcześniej zalać coś tańszego żeby przepłukać układ.
piątek, 4 kwietnia 2014
Jeep - śmierć akumulatora
27-01-2014 | Przebieg: 234 700
Po tym zabiegu Jeep odpala "na dotyk" - uffff ...
PORADA 1: kiedy pada akumulator nie kieruj się tym, że działa central, radio, wszystkie zegary, itp. - diesel potrzebuje porządnego kopa do odpalenia.
PORADA 2: jeśli to możliwe to do wymiany aku zorganizuj sobie jakąś pomoc - klamot jest dość ciężki, a i dostęp do niego nie jest tak wygodny jak w autach, które stoją 30 cm niżej.
7 rano (-8 stopni), wychodzę do roboty, odpalam, silnik kręci może przez sekundę i cisza ... Kolejne próby i jeszcze gorzej, silnik w ogóle już się nie odzywa - tylko klika jakiś przekaźnik ale poza tym nic się nie dzieje (zegary tylko jeszcze zaczynają "skakać"). Przy czym na pierwszym "kliku" stacyjki wszystko się ładnie zapala (i potem normalnie gaśnie), oświetlenie kabiny, central, wszystko działa...
Jestem w lekkiej kropce bo zawsze dbałem a akumulatory i NIGDY nie miałem takiej sytuacji, więc nie wiem czy to klasyczny objaw padu akumulatora czy może coś poważniejszego? Najgorzej, że stoję w miejscu tak obstawionym innymi autami, że może być problem z podejściem kablami...
No ale nic... przez dwie ostatnie noce było po minus 15 stopni, stanu aktualnego akumulatora nie znam więc zakładam optymistycznie, że to jego wina i jadę po nowy (przy okazji polecam bardzo solidny sklep z akumulatorami w Poznaniu - dobre ceny i rzetelne podejście - kiedyś pojechałem tam autem z aku w nieznanym mi stanie z pytaniem czy go zmieniać. Pan podłączył jakieś czarodziejskie urządzenie i stwierdził, że na razie nie ma potrzeby. Wszystko bezpłatnie).
Oczywiście akumulator do Jeepa to nie przelewki :-) mały to on nie jest - dobieramy coś z katalogu - jako, że nie uznaję dziadowskich oszczędności kupuję porządną Vartę (440 zł):
I od razu pokazuję na zdjęciu miejsce, w którym należy szukać mocowania akumulatora w Jeepie bo nie jest to takie oczywiste (trochę się naszarpałem zanim je ustaliłem) - potrzebny jest klucz nasadowy (chyba dziesiątka z tego co pamiętam), żeby poluzować tę śrubę przysłonięta kablem na zdjęciu poniżej:
Ale to jeszcze nie koniec niespodzianek: w Jeepie akumulator jest na takiej podstawce z rantami, coś jak tacka. I ten akumulator (dobrany z katalogu pod Granda) wprawdzie pasuje do tacki ogólnym gabarytem, ale ma jakąś taką podstawkę, która wystaje poza obrys tacki i uniemożliwia poziome wpasowanie - postarałem się to pokazać na rysunku poniżej:
Wprawdzie w tej pozycji da się podłączyć klemy i zamknąć maskę (jedynie wężyk do odprowadzania gazów nie sięga do otworu w aku) ale nie o to chodzi. Na szczęście wystarczy ostry i porządny nóż, którym można ściąć wystające elementy tej podstawki i wtedy wszystko gra.
Po tym zabiegu Jeep odpala "na dotyk" - uffff ...
PORADA 1: kiedy pada akumulator nie kieruj się tym, że działa central, radio, wszystkie zegary, itp. - diesel potrzebuje porządnego kopa do odpalenia.
PORADA 2: jeśli to możliwe to do wymiany aku zorganizuj sobie jakąś pomoc - klamot jest dość ciężki, a i dostęp do niego nie jest tak wygodny jak w autach, które stoją 30 cm niżej.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
























